Turystyka i przemiał

czarny/ 28 stycznia, 2021

Chciałbym, by ktoś zrobił zestawienie dotyczące ilości zachęt do podróży, emitowanych w mediach. Czyli obecna ilość takich zachęt oparta o ludzi, dla których „podróże są pasją” porównana z tym, co było, na przykład, 20 lat temu. Myślę, że różnica jest duża, to znaczy bardzo duża.

Oczywiście, można powiedzieć, że jest to kwestia reklamy i promocji państw (czyli biznesu hotelowo-przewodnikowego), gdzie niektórym zachęcającym nas entuzjastom płaci się oraz umożliwia im oglądalność; a inni robią to za darmo i też się cieszą. Nic tak bowiem nie cieszy, jak wpisywanie się w wiszące w powietrzu trendy wierząc przy tym, że się „realizuje siebie”, czy też „szuka swojego ja” (wiadomo też powszechnie, że „swojego ja” najlepiej szuka się za granicą, w Tybecie na przykład, lub wśród grafitowo-czarnych mieszkańców Afryki).

Zastanawiam się jednak, czy tylko dojenie turystów jest powodem owej wzmożonej reklamy szwendania się? Wzmożonej na tyle, że będącej już w zasadzie niezauważalną, wpisaną w nasze horyzonty równie silnie jak św. Mikołaj w czerwonym ubranku (przypominam – jest to postać z reklamy kokakoli, która dawno temu wyszła poza ramy tej reklamy).

Może chodzi więc o szersze otwarcie umysłów obywateli, ponieważ, jak wiadomo, podróże kształcą (ktoś kiedyś dorzucił, że faktycznie kształcą, ale tylko wykształconych)?

Być może chodzi również o to, by dzięki podróżom można było w końcu docenić swoje mieszkanko, swój kraj nawet, ponieważ, jak również wiadomo, wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej (zastanawiało mnie zawsze, kto wymyślił te powiedzenie, że wszędzie jest dobrze…)?

A może chodzi o to, byśmy się rozruszali? Może jesteśmy kurczakami? Wiadomo przecież, że kurczaki z wolnego wybiegu mają lepsze mięsko. I jaja.

Pytania powyższe są tyleż głupkowate, co trudne. Wiadomo, że początki turystyki to ruch pielgrzymkowy – innej turystyki nie było. Już bowiem Reymont pisał, że „dziady dzielą się na proszalne i te, co do świętych miejsc chodzą”. A tak „na poważnie”, to pewnym momencie – w którym?, o tym później – podróże zaczęły nabierać charakteru rozrywkowego. Jedynie rozrywkowego. I trwa ten proces do dziś, i potęguje się.

Może chodzi o przyzwyczajenie nas do migracji, do porzucania swoich domów, do przyjmowania obcych? Nie wiem.

Nie wiem, ale to śmierdzi. Uważam, że fascynacja podróżami jest w większości przypadków sztuczna (pomijam tu studentki i studentów, ale ich można usprawiedliwić, większość z nas przecież była kiedyś młoda). To jest wymuszona pasja, narzucona odgórnie, szkodliwa, zła i głupia. Prowadzi człowieka do złego, czyli na manowce. Dlaczego? Bo większość nie będzie mogła sobie na takie podróże pozwolić, bo będzie musiała siedzieć w domu i :

  • marzyć, że kiedyś na pewno zacznie podróżować (choć tak naprawdę, wiedzieć, że to się nie stanie);
  • złościć się na męża/żonę, że ją nigdzie nie zabiera;
  • złościć się na rodziców, że jej nigdzie nie puszczali;
  • złościć się na siebie, że tak dużo straciła w życiu i że z każdym niepodróżującym dniem traci coraz więcej. Jest więc nieudacznikiem.

Gówniane owe podróże wiodą do frustracji. Jest to kolejny klocek z całego zestawu klocków „a dlaczego ja nie?” A nawet, jeśli się gdzieś pojedzie, to i tak nie będzie to ta właściwa podróż, ta wymarzona, ta oglądana na tefałenie, tylko jakiś substytut, żenująca podróba, o której trochę wstyd nawet się spowiadać.

W kwestii edukacji medialnej mamy więc ukierunkowanie na depresję bezpodróżową. Czyżby lobby psychoanalityków miało aż takie wpływy? Ja oczywiście żartuje, ale mówię poważnie. Czas mi się kończy. Wrócę do tego, do tego gówna.

0 Comment

Add Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *