Pandemia mrówek

czarny/ 1 lipca, 2021

Mrówki atakują. Wchodzą mi do mieszkania. A jakie one szybkie, gdy robi się niebezpiecznie! Wlazły mi już do jednej szafki, do śmietnika i nawet do zmywarki. A najbardziej to lubią po blacie. Gdyby im rzucić piłkę, to normalnie mistrzostwa Europy. Mają swoje ścieżki i szlaki, miejsca zgromadzeń oraz miejsca ewakuacji. Zdenerwowałem się.

Wczoraj było ich wyjątkowo dużo. Żona kupiła taki biały magiczny proszek do posypania. Jest w pojemniku, który przypomina stare pojemniki na granulowaną herbatę. W instrukcji napisano: rozsypać przy gniazdach. No to rozsypałem. Wzdłuż miejsc wędrówek, przy gniazdach, przy wejściach, przy dziurach – po prostu linia Maginota. Zadowolony z siebie wróciłem do mieszkanka i patrzę. Nic specjalnego się nie dzieje. Chodzą, obserwują.

Zgodnie z zasadą kompozycji dramatu po paru minutach przyszedł cholerny deszcz. Cholerne krople wody zburzyły wszystkie moje zasieki, rozmyły je po świecie. Mrówki schowały się pod zadaszenia, ale wrócą, gnojki, na pewno. Zdenerwowałem się. Podszedłem zdecydowanym krokiem do blatu i zacząłem palcem wgniatać je w drewnopodobną powierzchnię. Nie miałem litości. Mrówki ożywiły się i zaczęły szybko biegać, chować w jakieś szczeliny. W życiu bym nie powiedział, że mam tyle szczelin w kuchni.

Na środku blatu leżał taki jeden, niezidentyfikowany, okruch. Gdy zaczynałem swoją rzeź, trzy mrówki go targały, ciągnąc w bezpieczne miejsce. Szło im kiepsko, ale się nie poddawały. Okruch był dość duży. Po paru chwilach morderczej roboty zobaczyłem, że większość mrówek z tych, które przeżyły uciekła, ale przy okruchu pozostała jedna i próbowała sama ten okruch przesuwać. Pewnie jakiś sierżant, albo rycerz. Obserwowałem ją przez chwilę – była bardzo dzielna. Przesuwała go to z jednej, to z drugiej strony, powoli, powoli, do przodu. Można by nakręcić film motywacyjny i okrasić go jakimś chwytliwym hasłem, na przykład: Nigdy się nie poddawaj. Albo: Mały może dużo.

A potem wiecie, co zrobiłem? Wziąłem swój palec i zgniotłem tą dzielną mrówkę razem z jej okruchem. Nawet mi powieka nie drgnęła.

– Krwi, krwi, krwi! – krzyczał pan Zagłoba
Na widok trupa pana Podbipięty.
– Krwi! – zawrzasnęła zbaraska załoga
A Litwin chwiał się, do belek przybity
Święty Sebastian strzałami przeszyty.
Słodki, niewinny, cichy, obojętny.

Pan Podbipięta, Jacek Kaczmarski

10 Comments

    • Fakt, rybiki gorsze. Kiedy byłem małym chłopcem, jak śpiewa poeta, nazywałem je srebrnikami – niewiele odchodząc od oryginału. Poruszają się takim trochę wężowym ruchem posuwistym, zupełnie bezgłośnie, jakby wyłączyli dźwięk. Nie wiadomo nawet o co im chodzi?

  1. Czyta się lepiej,niż niejeden thriller psychologiczny 😉 Idealnie budujesz napięcie – a do tego te plastyczne opisy! Może w rozgrywkach Euro na blavie mrówki poradziłyby sobie,niż nasza reprezentacja 😉 Ale takich samotnych małych wojowników i ich syzyfową pracę to Ty szanuj!

Add Comment

Skomentuj Anna z Wychowanie to przygoda Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *