O odwyku i jeszcze o czymś

czarny/ 5 marca, 2021

Książka jest napisana dobrze. Naprawdę dobrze. To jest co prawda bestseler, sprzedany w miliardach egzemplarzy ale, wbrew pozorom, nawet bestselery czasem są niezłe.

Książka opowiada o Narkomanie, Alkoholiku i Przestępcy, który przechodzi kurację odwykową. Dzięki specyficznej narracji można wcielić się w postać dość głęboko, choć nigdy żadnym z powyższych, czyli N A i P się nie było. W dodatku, wcielając się w tego pierwszoosobowego bohatera czytelnik nie odczuwa męki nałogu, tylko ciągłą nadzieje na wyjście z nałogu. I to jest miłe, ta ulga, którą się czuje, ta kolejna czysta godzina.

I w ogóle wszystko byłoby fajnie, jednak pod koniec opowieści przychodzi ALE. ALE przychodzi do mnie dość często, być może po prostu mam taką naturę, czyli dość często się czepiam, ALE do rzeczy.

W pewnym momencie bohater opisuje w zeszyciku wszystkie złe uczynki, których był sprawcą a my, razem z nim, czytamy o tych uczynkach. No i co? Otóż jest jeden uczynek, tak straszny, że nie można o nim mówić. To znaczy bohater nie potrafi o nim mówić. To najgorsza rzecz, jaką zrobił i nie może o niej mówić. Czekamy więc. Czekamy, aż wreszcie powie, podkręceni w napięciu do czerwoności. No i mówi wreszcie.

Otóż kiedyś bardzo pobił pewnego księdza. Do nieprzytomności a może nawet do utraty życia (przez księdza). Pobił księdza, ponieważ ten ksiądz zaciągnął go na plebanię i chciał uprawiać z nim nierząd. Czyli złapał go za kolano i mówił: Nie możesz sprzeciwiać się woli Pana! (lub coś w tym stylu). Następnie złapał go za kroczę i pewnie chciał jeszcze za coś złapać, ale dostał w ryja, a potem z kopa. Niejeden raz. To jest powód strasznej traumy bohatera, Alkoholika, Narkomana i Przestępcy, będącego pacjentem zakładu do odtruwania ludzi.

Dlaczego to mnie drażni, ta historia? Bo widzę tu pewną doczepkę, dodatek, którego wcześniej nie było, ale okazało się, że miał być, więc został dopisany. Dopisany dodatek, o którym autor nie wiedział, że miał być. Autor powinien mieć w sobie tą wiedzę, że prócz historii, którą chce opowiedzieć, są jeszcze inne sprawy, o których chce opowiedzieć. Mówiąc prosto: w każdej szanującej się książce powinno być wspomniane o księdzu pedofilu, lub przynajmniej księdzu-geju- gwałcicielu niewinnych owieczek. Autor o tym zapomniał, ale na szczęście mu przypomniano.

Z czego to wnioskuję? Ponieważ jest to dodatek, z którego nic nie wynika (w sensie spójności fabuły). Trochę tak, jak Tom Bombadil we Władcy Pierścieni – zerowe zdarzenie, nie wiadomo po co. W dodatku widać tam brak konsekwencji, ponieważ najpierw bohater mówi, że być może tego księdza skopał na śmierć, a po chwili mówi, że wrócił do domu i czekał na policję. Policja jednak nie przyjechała, ponieważ ten ksiądz nie mógł wezwać policji, bo wtedy wyszłoby na świat jego nędzne życie. I dlatego nie wezwał policji. No to chyba nie umarł, skoro troszczył się o swoje nędzne życie.

Zresztą, to nieważne. Czepiam się. W każdej bajce, nawet tej „na faktach” musi być jakieś zło i koniec dyskusji. Książka jest niezła, czyli naprawdę dobra i drugi koniec dyskusji. Cieszę się, że ją przeczytałem i po raz kolejny doceniłem prosty fakt, że jestem trzeźwy i nie rzucam się po ścianach z tego powodu, tylko po prostu się czepiam.

Milion drobnych kawałków, James Frey, G+J 2011.

4 Comments

    • No właśnie nie do końca. Jak napisałem: nie czuję się jak alkoholik, który cierpi, tylko jak ktoś, kto czuje z godziny na godzinę coraz większą ulgę.

  1. A wiesz, że mam tę książkę w koszyku i zastanawiałam się nad jej kupnem? Chyba jednak się skuszę

Add Comment

Skomentuj czarny Anuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *