Nieunikanie trudów

czarny/ 21 maja, 2021

Jako, że jestem ojcem chrzestnym, pojechałem niedawno na komunię. Tak się mówi. Chodzi oczywiście o Pierwszą Komunię Świętą – tak się pisze. Ja zaś, jako ojciec chrzestny nie siedzę w zaciemnionym gabinecie i nie macham ręką z sygnetem, tylko tarabanię się przez pół Polski do mojej chrześnicy. Po to, by dać jej prezent, bo niby po co? A następnie, umęczony, powrócić.

Nieunikanie trudów jest tym, czego mi brakuje. Konkretniej – brak mi radości z czekającego mnie wysiłku. Cała ta, narzucona nam odgórnie zasiadalność w domu na pewno również dorzuciła tu swoje trzy (lub cztery) grosze. Na myśl o dość dalekiej podróży nabieram ochoty na napisanie zjadliwej notki dotyczącej promocji podróżowania narzucanej przez państwa w celu drenaży kieszeni podatników. Nie robię tego jednak, bo niestety nie znam się na tym, pozostaje mi więc napisanie innej notki, zupełnie o czymś innym, jednak równie zjadliwej. To się kończy lepiej lub gorzej, jednak w każdym przypadku na koniec zostaję sam na sam z czekającą mnie wyprawą. A dość dalekie podróże są złe, bowiem kradną czas nie tylko swojego trwania (dość długi), ale również czas przygotowań. Przygotowania natomiast są związane ze stresem, z zapominaniem, z uaktualnianiem potrzeb oraz z zimną zupą, która wystygła w wolnej chwili.

To, że takie dość długie podróże na koniec okazują się całkiem miłą przygodą nie ma dla mnie znaczenia. Nie ma to znaczenia przed podróżą, gdy na głowie siedzą mi niepewności dotyczące moich przyszłych losów a także tego, czy nie zapomnę o kremie do golenia (pożyczać od szwagra nie chciałbym). Nie ma też dla mnie znaczenia, że większością spraw zajmuje się Żona. Przykre to, ale prawdziwe.

Hodofobia, czyli, w innym języku Reisefieber. Na pewno mnie dotyczy. Cierpię na ostre stany lękowe przed podróżą zwłaszcza, gdy podróżować mam nie sam, nie wtedy, kiedy chcę i nie tam, gdzie chcę. Nikogo to nie obchodzi, ale tak mam i taki termin znajduje się w słowniku, być można nawet niejednym.

Wracając do tematu. Przedmiotowa uroczystość Pierwszej Komunii Świętej odbyła się w kościele – co mnie nie zaskoczyło. Jednak w kościele były tylko dzieci i ich rodzice, no i ksiądz. Wszyscy zaproszeni goście mieli siedzieć w domu i oglądać mszę online. No to oglądaliśmy. Wielki telewizor w domu gospodarzy podłączony był do małego komputerka, który przechwytywał dane i wtłaczał je na ten wielki ekran, a myśmy się modlili.

Niestety, po piętnastu minutach moja Żona zorientowała się, że to chyba nie jest właściwa msza. Gospodarz tak ustawił transmisję, że w pewnym momencie automatycznie zaczęła się odtwarzać msza poranna, a jako, że komunijne dzieci i tak były poza kadrem – dość trudno się nam było zorientować. Ciekawe, kiedy ja bym się zorientował? Pewnie przy ogłoszeniach parafialnych. W każdym razie po tym incydencie pozostali goście – i tak już mocno znudzeni – darowali sobie oglądanie drugiej, właściwej mszy. Rozeszli się po kuchniach i pokojach pobocznych rozmawiając i rozprawiając na tematy zastępcze. Przed telewizorem zostaliśmy tylko my (czterech wspaniałych) plus paru maruderów, rozwalonych na pobliskiej kanapie i udających, że nie śpią. Muszę jednak zaznaczyć, że choć nikt mszy nie słuchał, to jednak starano się nam nie przeszkadzać. Obecnie jest już pora na to, by takie rzeczy nauczyć się doceniać. Nie chodzi o uczestnictwo, ale o nie przeszkadzanie.

Teraz muszę powiedzieć, że cała impreza, pomijając omówiony incydent okazała się udana. Wraz z nią udany okazał się ten nieszczęsny wyjazd, z którego w końcu powróciłem, mogąc wtłoczyć się z powrotem w moje normalne, nudne dla wielu, sprawy. Nieunikanie trudów. Trudy były niewielkie, rzekłbym nawet – słodkie, a odświeżenie przydało się każdemu z mojej rodzinki, bo nic tak nie cieszy, jak chwilowy wypad z ram. Nieunikanie trudów to chyba po prostu wyjście na wiatr, urodzaj odmiennych czynności, podziw dla ciała, które okazuje się zawsze bardziej uniwersalne, niż nam się zdawało. Za trudem, którego nie unikamy siedzi zawsze mały krasnoludek i mówi fajna zabawa, co nie? Napompowany tymi wnioskami bardzo bym chciał chętnie podejmować wyzwania, choćby te malutkie, czerpać z tego radość i tak dalej. Jak będzie? Zobaczymy, ale nie liczę na fajerwerki.

Na koniec, podczas drogi powrotnej, uspokojony i wciśnięty w fotel wagonu Intercity drugiej klasy, wspominałem tą dziwną mszę, podczas której odbyła się Pierwsza Komunia Święta mojej chrześnicy. To było coś, co nie do końca grało, łyżeczka do kawy napełniona dziegciem. Na tej mszy brałem komunię w myślach. Nazywa się to: komunia duchowa. Nie mogłem przecież inaczej. Przyjmowałem ją wcześniej w ten sposób nie raz, ze względu na okoliczności – wtedy również nie mogłem inaczej. Ale dopiero teraz pomyślałem sobie, że nie odpowiada mi to. Niby wszystko w porządku, niby kurde wszystko w porządku, ale byłem po niej ( tej komunii zjadanej w wyobraźni) jakiś taki… głodny. No cóż, taki już jestem, jestem człowiekiem, który je. Obecnie okazuje się, że moje wyobrażenia na temat pewnych spraw znowu muszą się przesunąć. A ja boję się podróży i nie ufam swojej wyobraźni.

8 Comments

  1. Takie mamy dziwne czasy. U nas mogli być chrzestni w kościele na komunii córki. Ale też do pewnej ogólnie ilości gości od każdej z rodzin. Dlatego w sumie kościół świecił pustkami.

  2. Ja osobiście nie lubię tej całej komunijnej maskarady, ale fajne jest to, że jest to pretekst do spotkania się z rodziną czy znajomymi. I to w tym jest fajne, dla mnie oczywiście. Bo dzieci chyba to bardzo przezywają i warto im w tym towarzyszyć.

Add Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *