Nerwica następstw. Część III

czarny/ 8 lipca, 2021

Nie podpisałem cyrografu. Mój olej w głowie nie wyciekł całkowicie, odpowiedziałem człowiekowi w czapeczce, że się zastanowię lub że coś tam coś. Pomyślałem, że już czas, bym zadzwoniło o jakieś odholowanie, ponieważ mój samochód nie nadawał się do jazdy. Tak orzekli policjanci. Mieli oczywiście rację, ponieważ prócz stłuczonych reflektorów miałem z tyłu wozu zderzak w kształcie hamaka, który położył się jednym bokiem na ziemi.

Mój telefon miał słabą kondycję. Jego baterie, wyczerpane licznymi zdjęciami ledwie dyszały. Wyświetlacz wyświetlał już tak słabo, że prawię nic nie widziałem. Zadzwoniłem więc do żony, by ona zadzwoniła do naszego ubezpieczyciela, żeby nam, to znaczy mnie, odholował gdzieś auto. Żona to zrobiła i od tej pory na moim pół-żywym telefonem miałem szereg połączeń z moją żoną, z panem przyjmującym zgłoszenie, z panem załatwiającym holowanie, z żoną, bo nie znała szczegółów, z drugim panem od holowania, z kumplem, który właśnie zadzwonił pytając, co u mnie słychać. Telefon w końcu padł, ale wszyscy mieli już przekazany tyle informacji, że jakoś sobie poradzili beze mnie. Przyjechała laweta.

Laweta, dziwne słowo. Nigdy nie widziałem swojej Toyoty na lawecie. Na marginesie dodam, że prezentowała się świetnie, choć skończyła już dwadzieścia lat!

Jeśliby pan wytrzymał na niej jeszcze pięć lat, to mógłby się pan ubiegać o żółte blachy zabytku – poinformował mnie życzliwy rzeczoznawca parę dni później.

Wracając do opisu bieżącego: Laweta zabrał mnie do domu i zostawił tam razem z moją biedną Toyotą. Próbowałem wyłudzić od niego info odnośnie dalszych moich poczynań, ale pan był z gatunku milczących prawdziwych mężczyzn, toteż powiedział, że na kostce polbruku strasznie praży słońce.

Proszę sobie wyobrazić, że w drodze powrotnej miałem kupić kapustę na gołąbki i czereśnie czego, z wiadomych względów, nie wykonałem. Jedliśmy więc na obiad gołąbki bez kapusty, natomiast zamiast czereśni, które szczerze uwielbiam, wypiłem pod rząd dwie kawy.

I tak to wyglądało. W ciągu paru następnych dni czyli do dzisiaj, ciągnęła się ( i ciągnie dalej) sprawa ubezpieczeń, rzeczoznawców, samochodów zastępczych, części zamiennych, warsztatów samochodowych, odwoływanych naszych wyjazdów, straconej zaliczki, urlopów na żądanie, aut, które można ewentualnie kupić, nowych połączeń dom – praca – przedszkole – półkolonie – zakupy. Strasznie to wszystko nudne. Interesująca jest jedynie liczba telefonów, które przez ten czas wykonałem. Nie znam jej, ale myślę, że mogłaby imponować.

Żal mi mojej Toyoty. Czerwona była, piękna. Obecnie – na 99% do kasacji.

I teraz ten tekst, którego nie cierpię, ale którego nie mogę sobie odmówić: Gdyby ona umiała mówić, to ho ho, niejedno by powiedziała, takie historie by powiedziała, że proszę siadać.

Moja Toyota nie umie mówić. Stoi w garażu. Najważniejsze, że w domu wszyscy zdrowi. Jeśli chciałbym być patetyczny, to powiedziałbym: jej odejście zburzyło nasze życie.

Jej odejście zburzyło nasze życie.

6 Comments

  1. „Próbowałem wyłudzić od niego info odnośnie dalszych moich poczynań, ale pan był z gatunku milczących prawdziwych mężczyzn, toteż powiedział, że na kostce polbruku strasznie praży słońce. ” 😀 padłam

  2. haha… Mężczyźni chyba samochody traktują równie poważnie jak swoje zwierzęta albo nawet członków rodziny.
    Gdyby Toyota umiała mówić – normalnie nastąpiło tutaj klasyczne uosobienie.
    Podziwiam, że można tak cierpieć z powodu samochodu.
    Przecież to okazja, żeby w końcu go zmienić, no chyba, że nie jesteś fanem zmian. Pozdrawiam 🙂

    • W moim odczuciu najważniejszy w samochodzie jest kolor, poza tym niewiele więcej mogę powiedzieć. Nie znam się kompletnie. Ale ten samochód to niemal pół życia. Jego strata to coś w rodzaju przeprowadzki.

Add Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *