Nerwica następstw. Część II

czarny/ 7 lipca, 2021

Nic mi się nie stało. Nic specjalnego. Po prostu w pupę wjechał mi samochód, a mój samochód wjechał w pupę innemu samochodowi. Żadnych obrażeń, nikt się nie obraził. Ale następstwa były.

Wysiadłem z auta. Podszedł do mnie Mercedes, który wjechał w mój tył. Nic nie mówi, patrzy się na mnie.

  • Nic się z Panem nie stało? Wszystko w porządku? – spytałem.
  • Tak tak. Nic nic – odpowiedział. Na ręku miał dziecko, świeżo wyjęte z fotelika, płci męskiej. Za nim dreptało drugie dziecko, też chłopak.

Podeszliśmy do tych z przodu, do ich Fiata.

  • Nic się Państwu nie stało?
  • Nie nie, wszystko w porządku.

No i się zaczęło. Zadzwoniłem na policję. Wykręciłem 997, ale przekierowało mnie na 112. Gdy zacząłem Pani opowiadać szczegółowo o miejscu wypadku, ta przerwała mi po chwili:

  • Ale w jakim mieście, proszę pana?

No tak. W jakim jestem mieście? To też ważna informacja. Chodziliśmy wszyscy w kółko, każdy z telefonem w dłoni i wykonywaliśmy połączenia. Przekazywaliśmy informacje, pytaliśmy i co teraz, wysłuchiwaliśmy przestrachu, ulgi i dobrych rad. Usiadłem na trawie, wstałem, usiadłem, poszedłem zobaczyć, jak wygląda mój samochód z tyłu i przodu. W ogóle mnie to nie interesowało. Z przodu rozpryśnięty reflektor, uszkodzony zderzak. Z tyłu uszkodzony zderzak, który przypominał teraz swobodny hamak, lampa, błotnik, coś tam coś. Zrobiłem zdjęcia telefoniczne. Przód tył, bok , nie wiem po co. Usiadłem wstałem. Krótkie rozmowy z pozostałymi uczestnikami:

  • Nic się Państwu nie stało?

Przyjechała Policja, poprosiła, byśmy zjechali na chodnik, jeśli to możliwe. Przyjęli naszą wspólną relację.

  • No tak, powiedział jeden z policjantów, myślę, że sprawa bez dyskusji.

Winny był ten, który wjechał we mnie. Kiwnął głową. Zabrali nam dokumenty, prawa jazdy, karty z biblioteki miejskiej.

  • Kartę z biblioteki miejskiej też pan chce?, spytałem policjanta.

Nie uśmiechnął się. Pewnie takie świetne dowcipy słyszy przy każdej okazji. Porozmawiali o czymś z nami, głównie ze sprawcą który, jak się okazało, jechał nie swoim autem i nie miał przy sobie dokumentów.

  • To nic, poradzimy sobie.
I teraz kawałek humoru. Autentyk. Policjanci poprosili nas, byśmy wszyscy podeszli do ich wozu. Wytłumaczyli sytuację, powiedzieli z grubsza, co mamy robić i tak dalej. Jeden z policjantów miał na wyświechtanym kawałku kartki spisane bladym długopisem jakieś liczby. Powiedział: Policja jest biedna, tłumacząc się z tej pomiętej karteczki. Potem powiedział: zróbcie zdjęcia POLISE, bo to będzie potrzebne, po czym machnął ręką przed siebie. Ja tak właśnie usłyszałem: polise. Pomyślałem, że on żartuje, że mówi niby po angielsku i że chodzi mu o to, byśmy zrobili też zdjęcia jego samochodowi policyjnemu. W moim domyśle: jako dowód, że policja przyjechała na miejsce zdarzenia. No to cofam się parę kroków i wyciągam aparat i zaczynam kadrować tych policjantów, wypadkowiczów i kawałek szosy za nimi. Gdzie!? Co pan robi?! podniesionym głosem rzecze do mnie gliniarz.
Zróbcie zdjęcia tej POLISIE, bo to jest polisa sprawcy! mówi i jednocześnie kręci głową na wszystkie strony. Co za ludzie?! mówi i kręci głową. Albo tylko myśli i kręci głową. Nie pamiętam, bo mam słabą pamięć i jestem pewnie w szoku termicznym.

Wiem, to było dziwne. Przez chwilę, w tej grupie nieznajomych mi osób okazałem się idiotą. Przecież każdy wie, że potrzebny jest numer polisy sprawcy, by odebrać odszkodowanie. Nawet ja to wiedziałem, chyba, choć pomyślałem, że udokumentowanie fotograficzne policjantów na służbie to też fajna sprawa. Przygnieciony tą kompromitacją usiadłem na trawie i zapaliłem papierosa, który przypadkiem znalazł się w mojej kieszeni. Mówię przypadkiem, bo przecież nie palę. Aha. Wcześniej jeszcze policjant powiedział, że teraz będziemy czekali na odholowanie, co najmniej pół godziny, więc uzbrójmy się w cierpliwość, zapalmy papierosy i czekajmy. Jestem praworządny – zapaliłem.

Gdy już spaliłem to, co zupełnym przypadkiem miałem w kieszeni znów oddałem się czynnościom typu: krążenie wokół samochodów, zbieraniem okruchów z jezdni, rozmowie ze współuczestnikami. Mercedes, który mnie walnął, gdzieś upłynnił swoje dzieci, ciągle palił i gdzieś dzwonił, rozmawiał też z kolegą, który przypadkiem przejeżdżał obok i zatrzymał się, by zorientować w sytuacji.

Usiadłem i siedzę. Podchodzi do mnie jakiś facet w czapeczce i coś mówi poniekąd konfidencjonalnie. Chyba patrzę na niego, ale niespecjalnie słucham a na pewno niewiele rozumiem.

-… ja wszystko widziałem… w pana walnął… czy wie pan co robić… ja zajmuję się pomocą osobo… poszkodowanym… w takich wypadkach… osobą poszkodowaną… darmowe holowanie…

Facet w czapeczce był nieugięty. Przejeżdżał przypadkiem i widział zdarzenie. Zatrzymał się i chce nam pomóc, jego firma oferuje korzystne warunki, BEZGOTÓWKOWO!!! całkowicie proszę pana. Dwie sekundy są nam potrzebne, by pana BEZGOTÓWKOWO odholować i wszystko załatwić, wystarczy… tu zawiesił głos, niczym mefistofeles z kreskówki… nam PEŁNOMOCNICTWO od pana, proszę się nie przejmować.

Nagle moja ręka trzymała w dłoni długopis.

CDN

14 Comments

  1. Czytałam już następną część, tej nie znałam, teraz wszystko mi się poukładało co i jak się wydarzyło.

Add Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *