Koronkowe gody

czarny/ 1 czerwca, 2021

Ja dostałem żółtą zupę z czerwonej soczewicy, w osobnej miseczce były grzanki cienkie jak czipsy i cytryna do skropienia zupy. Żona dostała gotowany bób z pastą sezamową i kolorowymi warzywami.

W związku z okrągłą trzynastą rocznicą ślubu postanowiłem zabrać żonę do nowej azjatyckiej restauracji i spędzić z nią radosny obiad. Wszystko było załatwione, dziadkowie umówieni na przyjęcie dzieci, ważne sprawy przesunięte na inne terminy, kwiaty zamówione u najpiękniejszej kwiaciarki. Lekko odświeżeni podeszliśmy pod drzwi nowej azjatyckiej restauracji. Pierwsze szarpnięcie klamki zaniepokoiło mnie trochę, ponieważ nie ustąpiła. Podobnie było z drugim szarpnięciem, trzecim i czwartym.

  • Pewnie zamknięte, bo dziś poniedziałek – powiedziała żona.

Jako danie główne zamówiłem sobie ozorki wołowe (których nigdy wcześniej nie jadłem i chciałem sobie spróbować do cholerki) z gotowaną białą fasolą i z odrobiną wściekłego białego chrzanu. Na talerzu były też placki ziemniaczane, grube jak pajdy chleba, obtoczone w jakichś ziołach i maźnięte lekko śmietaną.

Szarpnąłem jeszcze raz, dla przyzwoitości i wróciliśmy do samochodu, lekko (a właściwie mocno) skonfundowani. Na szczęście miałem plan B, na wszelki wypadek. Pojechaliśmy więc do restauracji numer 2, do której mieliśmy jechać już dawno, ale nie było okazji, więc dobrze się złożyło. Restauracja nr 2 też była zamknięta.

Żona dostała olbrzymie krewetki w misce z ziemniakami w mundurkach, plastrami bakłażanów i czerwonych papryk. To wszystko pływało w delikatnym sosie, urozmaicone od czasu do czasu marynowanymi pomidorkami koktajlowymi. W drugiej misce ciepła woda z cytryną, służąca do umywania rąk.

Pseudo – amerykańska burgerownia była otwarta i było tam miejsce, na którym usiedliśmy, jednak po chwili wstaliśmy i wyszliśmy stamtąd – po prostu nie chciałem siedzieć w tej muzyce, którą proponował właściciel. To miała być przyjemność, a nie męka. W necie sprawdziliśmy jeszcze dwa inne miejsca, do których mieliśmy ewentualną ochotę zajść.

  • Pewnie zamknięte, bo dziś poniedziałek – powiedziała żona.

Jedzenie było naprawdę dobre, czyli przepyszne. Wymietliśmy wszystko z talerzy, następnie miły kelner wymiótł z naszego konta 130 zł. Zabolało, jednak pomyślałem sobie, że w końcu to trzynasta rocznica, więc kwota się zgadza. Kupiliśmy sobie jeszcze kawę na wynos i poszliśmy nad rzekę.

Zostało jeszcze jedno miejsce możliwe do zaakceptowania a ja rozważałem w myślach modlitwę wstawienniczą. Moja żona była bardzo dzielna i nie marudziła, jednak i tak mi było wstyd jak cholera. Modlitwa wstawiennicza mogłaby pomóc. W każdym razie ostatnia deska ratunku była otwarta. Restauracja libańska. Nie przepadam z tego typu daniami, ale muszę przyznać, że ostatnio, gdy tu byliśmy – smakowało mi. I teraz również.

Jak wspomniałem, z kawą w ręku poszliśmy nad rzekę na spacer, nad rzekę. Niestety, rzeka również okazała się zamknięta. Wzdłuż całego koryta trwały jakieś roboty budowlane, wszystko było zagrodzone blaszanym płotem. Naliczyłem siedem tabliczek z zakazem wstępu. Mieliśmy już trochę dość. Stanęliśmy przy naszym zaparkowanym samochodzie, z tą kawą w rękach, jak trochę mokre pieski. Punktem kulminacyjnym wyprawy miało być zapalenie papierosa, romantycznie, wśród szumu wód. Nawet kupiliśmy na tą okazję specjalne, cienkie fajki. Oczywiście zapomniałem o zapalniczce, ale skorzystaliśmy – pierwszy raz w życiu – z zapalarki samochodowej.

No więc siedzimy w kucki przy samochodzie i palimy. Nagle słyszę cichutki warkot za plecami. Odwracam się i widzę samochód policji, dwa metry ode mnie, jak sunie wolniutko i przygląda się nam. Pomyślałem sobie, że jeśli teraz gliny wyjdą i wlepią nam mandat za palenie w miejscach publicznych – to się naprawdę załamię. Gliniarze popatrzyli na nas chwilę i pewnie im się nas żal zrobiło, bo po chwili odjechali bez słowa. Uff. Rodzice nie wrócą po dzieci z mandatem na karku za nieprzyzwoite zachowanie.

Ogólnie, mimo wszystko, cała impreza była udana, choć nie obeszło się bez zawirowań. No tak, podobnie, jak w małżeństwie.

8 Comments

  1. 130 zł to myślę, że jeszcze nie tak dużo 🙂 Tym bardziej, że było pyszne i wyszliście najedzeni

  2. Ozorki z chrzanem są wyśmienite. Jadłem tylko nie wiem czy wołowe, ale chyba wieprzowe?
    A jeśli chodzi o placki ziemniaczane, to jestem fanem takich dużych na cały talerz. Są smaczniejsze i się łatwiej smarzy.

    pzdr
    137

    • Tam było trochę chrzanu i świetnie pasowało. Ja lubię placki ziemniaczane w każdej postaci z wyjątkiem tych na słodko. Bleee. Opisane danie to jednak trochę coś innego, nie wiem nawet, czy można to nazwać plackami? Ale było naprawdę interesujące. Wrócę tam kiedyś.

Add Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *