Całkowicie szkoda

czarny/ 15 lipca, 2021

Rzeczoznawca ustalił, że to będzie SZKODA CAŁKOWITA. Szkoda. Wytłumaczył mi przy tym, że jeśli np. auto jest warte 5000 zł a szkoda zostanie oceniona na 4000 zł, to ja dostanę różnicę, czyli 1000 zł na rękę.

-To jest niekorzystne dla ubezpieczonego – dodał, o czym już wspomniałem.

Tak było. Mam na to świadków w postaci mojej żony.

Te orzeczenie przyprowadziło do moich drzwi dużo smutku. Wraz ze smutkiem doszło też kombinowanie, moralne i ekonomiczne, o którym również pisałem. W końcu, po paru dniach zdecydowałem się pojechać do blacharza. Chciałem spytać, czy on może mi wycenić naprawę mojego auta na tyle, by nie była to szkoda całkowita. Wtedy dostałbym całą kwotę przeznaczoną na naprawę.

Oni koszty naprawy podali bardzo małe, ja bym to zrobił dużo drożej – powiedział blacharz. Był to dziwny blacharz. Wyglądał i zachowywał się, jak gdyby był obciążony pewnym rodzajem autyzmu. Gdy mówił do mnie, patrzył na stół przed sobą, na którym leżały kartki z ubezpieczalni, podsunięte mu przeze mnie. Od czasu do czasu podnosił głowę i patrzył przed siebie, na ścianę z lamperią typu Piasek Pustyni. Jednak jego umysł pracował sprawnie. Widać było, że całą moją sprawę, którą mu przedstawiłem, miał należycie posegregowaną w głowie i koncentrował się na tym, by mi ją przedstawić w sposób możliwie najprostszy. Rzucał kosztami, procentami, paragrafami do odwołań, zamiennikami części jak dobrze naoliwiony kulomiot. Był absolutną antytezą mechanika-blacharza, którą miałem w swoich wyobrażeniach. Pomyślałem, że w innym miejscu, innym czasie, gdybyśmy się poznali np. w technikum – byłby moim kumplem, a może nawet przyjacielem. Trudnym w obsłudze, ale cholernie interesującym.

Mówił długo, ponad pół godziny. Jego profil wyraźnie wyraźnie rysował się na tle korkowej tablicy z karteczkami, gdy przedstawiał argumenty za i przeciw. Z każdej strony naświetlił problem i zrobił to zupełnie za darmo, choć już po trzydziestu sekundach wiedział, że nic na mnie nie zarobi – w końcu od początku radził mi oddać auto za tyle, ile proponują i pozbyć się kłopotu.

Na zakończenie powiedział:

-Ubezpieczyciel zawsze chce orżnąć chyba, że widzi, iż orżnąć się nie da. Czasem tak jest, gdy cena samochodu zbyt niska. Wtedy może pozwolić sobie na uczciwość – bo ta go w tym momencie nic nie kosztuje.

Po tej wizycie wróciłem do domu podniesiony na duchu. Jednak na wszelki wypadek umówiłem się z drugim blacharzem, chcąc uzyskać potwierdzenie tego, co powiedział pierwszy. Tamten drugi to figura ceniona w mieście. Znajomy znajomego. Nawet się pofatygował i na drugi dzień przyjechał do mnie, chcąc osobiście ocenić sytuację. W przeciwieństwie do pierwszego – jego nie interesowały żadne papiery z ubezpieczalni. Zerknął na moją Toyotę i stwierdził, że trzeba ją zabrać do niego na warsztat, rozebrać i ocenić, bo tak to se możemy gadać. Miał okulary przeciwsłoneczne typu „jestem na topie” i markowe klapki. Przyjechał świeżo odremontowanym, oryginalnym Willysem MB (czyli tzw. Jeepem) z czasów II światowej wojenki i stanął nim na środku mojej uliczki. Zacząłem się zastanawiać, czy ważna jest dla niego kwestia duchowości a jeśli tak, to czy potrafi ją odróżnić od higieny psychicznej. Gdy wysiadał ze swojego oliwkowego cuda, paru sąsiadów męskich od razu ruszyło w jego kierunku. Oni oglądali Jeepa a my Toyotę. Potem wszyscy już oglądaliśmy Jeepa.

Willys MB, który dziś wygląda trochę jak zabawka, zwłaszcza gdy w środku siedzi gruby facet, miał bardzo poważny udział podczas zmagań na wszystkich frontach II WŚ. Używały go chyba wszystkie strony tzw. aliantów, zwłaszcza dominia brytyjskie, choć był to produkt amerykański. Jeden z amerykańskich generałów stwierdził nawet, że te autko należy do grupy trzech maszyn, które wygrały wojnę. Jakieś 50 tys. sztuk (czyli naprawdę sporo) przekazano również do ZSRR, by tam dzielnie walczyły z Niemcami. Elementem dowcipnym w tej historii jest anegdota, iż propaganda radziecka utrzymywała przed swoimi żołnierzami, że ten samochód jest produkcji ZSRR. Na pytanie, czemu więc na nim jest napisane Made in USA? - odpowiedź brzmiała: bo przekazujemy go również Amerykanom, by u nich służył. Oni wszak mają kłopoty ze sprzętem. 

Moja Toyota nie jest zabytkiem, brakuje jej jeszcze pięć lat. Nie przekażę jej na warsztat blacharzowi w klapkach, nie odrestauruję i nie będę jeździł po obcych osiedlach w upalne letnie dni – nie stać mnie na to. Oddam ją „na części”, zgarnę cztery i pół tysiaka i będę się rozglądał za następcą lub następczynią. Być może to koniec tej historii.

Jedno mogę powiedzieć: blacharze są różni, podobnie jak ludzie.

6 Comments

  1. U nas tez powiedzieli „szkoda całkowita”, ale z ubezpieczenia dostaliśmy taką kwotę, że dołożyliśmy nie dużo…blacharz był spoko – wyklepał jeszcze udało się zrobić inne miejsca i auto jeździło i jeździ nadal tylko już u innego właściciela. Więc są „ludzie” i „ludzie kombinatorzy”.

Add Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *