Bunt, czyli kolorowy

czarny/ 29 czerwca, 2021

Pełen wzniosłych sentencji, ale tępy nieco.

Czasem, zaiste, trochę śmieszny,

Czasem prawie błazen.

Thomas Stearns Eliot, Pieśń miłosna Alfreda Prufrocka

Pierdolę to, jest za cztery dwunasta, a ja sobie idę robić kawę. – zakrzyknąłem do kolegi w pracy, który przebywa razem ze mną w pokoju.

Mam taki zwyczaj, że o godz. 12.00 lub parę minut później piję kawę w pracy. Dziś jednak postanowiłem się zbuntować. Mój bunt wynikał zaś z niczego. Nie stało się nic złego ani dobrego, nikt na mnie nie nakrzyczał ani nie zwalił mi na głowę jakiegokolwiek nadmiaru. Ja jednak się zbuntowałem!

Tak sobie myślę, że wyraz naszego buntu jest często wyrazem nas samych. Naszego charakteru albo okoliczności przyrody, w których przyszło nam żyć. Skoro tak, to w jaki sposób świadczy o mnie bunt polegający na wypiciu kawy cztery minuty przed czasem?

Z drugiej strony (na szczęście znalazłem drugą stronę) trzeba też dorzucić do ognia parę usprawiedliwień. Na przykład: jestem (jesteśmy) tak przytłoczeni obowiązkami, wymaganiami etc. że – marząc o buncie, który jest naturalną reakcją na przynudzanie – potrafimy się buntować jedynie w sposób karykaturalny. Niestety, jest to kiepskie usprawiedliwienie, które może być odparte bardzo łatwo, choć po chamsku: Jeżeli naprawdę chciałbyś się zbuntować, to byś się zbuntował naprawdę!

No cóż, pewnie to prawda. Obserwując medialno – społeczną przefiltrowaną wodę, w której przyszło nam pływać zauważyłem, że bunt od dłuższego już czasu jest promowany. Pewnie każdy to zauważył, więc nie ma się czym chwalić, ale chodzi mi konkretnie o to, że ten bunt – będąc promowany – stracił sporo ze swej, bardzo przepraszam, dziewiczości. No bo tak: skoro buntowanie się jest fajne, a ja też chciałbym być fajny, więc będę się buntował. Jednak, jak to mówią, w granicach normy. Czyli, mówiąc krócej – wcale. Zawieszamy więc na sobie fatałaszki oznakowane jako bunt za które, jak świetnie wiemy, nic nam nie grozi i idziemy w miasto.

To mogą być najróżniejsze fatałaszki, zwane przejawami i pewnie każdy wie, co mam na myśli. Choćby ubrania, dziwnie obcięte włosy, tatuaże w miejscach publicznych, wyklinanie jakichś instytucji (np. wojska), organizacji (np. państwa), wspólnot (np. kościoła katolickiego). Mnóstwo tego. To nic nie kosztuje, ale mieści się w granicach definicji buntu (kto to zdefiniował!!!!!!!!) i wszyscy są uśmiechnięci. Dla formalności dodam, że głośne i uparte naśmiewanie się z Islamu nie jest takie modne, podobnie jak naśmiewanie się z Judaizmu, czy też chodzenie bez majtek – jednak to inny temat.

Mój dzisiejszy bunt byłby więc całkowicie, napiszmy to wreszcie, żałosny, gdyby nie był taki żartobliwy. Żart jest dobrym sposobem na poprawienie sytuacji. Mając świadomość konsekwencji, nałożonych mi na głowę jak kaptur robię wszystko, by tych konsekwencji uniknąć, żartując jednocześnie pod nosem. Dobre i to. Jednak pamiętam, jak napisałem kiedyś, będąc niemal nieletnim człowiekiem:

Największym przejawem mojego buntu jest teraz zapalenie papierosa, a gdy postanawiam pogodzić się z losem - jem obiad i popijam kompotem. Moje wzloty i upadki falują jak wycieraczka, która spadła z trzepaka, coraz rzewniej i rzewniej…

Chyba nigdy nie byłem buntownikiem. Szkoda mnie.

8 Comments

  1. W pełni odczuwam to tak samo. Bunt kojarzył mi się zawsze z wolnością, ale jego reaktywność okazuje się stać dziś po drugiej stronie. Co to za bunt gdy płynie się z wielką falą tłumu krzyczącego to samo. Odrazu ma się wrażenie, że gdyby ten człowiek miał inne otoczenie stałby i krzyczał w tej drugiej fali. Z innym poglądem (albo tym samym – że jest na „nie” ale w przeciwległej sprawie) – z tą samą emocją, którą wypełnia świat wraz z falą (i robi się konformistycznie do bólu). Najbardziej buntownicze jest dziś chyba życie w szczęściu w tej dziwacznej rzeczywistości, bez potrzeby wyjaśniania komukolwiek swoich działań, czy nastroju – przynajmniej dla mnie ta forma jest optymalna. Bunt wszak buntem, ale istniał on tylko by bronić wolności. Widać wolność wewnętrzna wymaga dziś innych środków 🙂
    W świetle tego wszystkiego przedwczesna kawa wydaje mi się bohaterska niemalże. Nosi bowiem poszlakę outsiderskiego romantyzmu i samotnego wyboru, którego w skrytobójczy sposób dokonałeś.
    A na poważnie ten blog jest jednym wielkim buntem 🙂
    Kompot zaś – zaiste – łagodzi obyczaje.

    • Dziękuję za krótki komentarz 🙂 Brak potrzeby wyjaśniania komukolwiek swoich działań – rozmarzyłem się. Jednak musimy się wyjaśniać, być może dlatego, że jesteśmy nieustannie wyciemniani…

  2. Bunt buntowi nie równy. Ja też miewałam jego różne odmiany. Niektóre były, a jeden nawet obecnie jest przełomowy. O przypomniałeś mi o trzepakach. Tutaj na szwedzkiej wsi ich nie uraczysz. Ot taki to sentyment z Polską związany, zresztą nie jeden.

Add Comment

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *