Błąd w sztuce

czarny/ 22 kwietnia, 2021

Układ jest taki, że młodszą córkę rano oddaję do dziadków ze względu na zniknięcie przedszkoli lub ze względu na kwarantannę w otwartych przedszkolach. Po pracy zaś ją odbieram. Nie ma w tym nic ciekawego.

No i pewnego nieciekawego dnia wracam z koleżankami z pracy, powrót umilając sobie rozmową na temat siedzącej w domu młodzieży szkolnej, której odwala szajba, która i tak jest jakaś nieudana a teraz to już w ogóle. Nudzi się, kumuluje w sobie lenistwo oraz brak wiedzy szkolnej, bez której ani rusz. W dodatku robi się skrzywiona emocjonalnie i nie chce jej się nawet przebrać. I co to będzie co to będzie… Następnie odbieram córeczkę i wychodzimy z bloku dziadków i idziemy w kierunku samochodu. Będąc u dziadków młodsza córka oddaje się przede wszystkim oglądaniu kreskówek, co mnie kurka złości, ale nic przecież nie poradzę (to jest stare usprawiedliwienie, które z wdzięcznością przyjąłem i którego się już chyba nie pozbędę). Ostatnio na szczęście moja kochana córeczka czyni również pierwsze próby rysunku. Tym razem narysowała dom, który posiada okna, w oknach zaś stoi cała rodzinka, łysy tato, matka z niebieskimi włosami, siostra i siostra i kot, który jest największy. Rysunek jest przepiękny.

Mówię do niej:

– Chodź, weźmiemy ten obrazek do domu i pokażemy mamusi, ponieważ jest bardzo piękny.

Córka się zgadza, trzyma ten obrazek w rączce i wychodzimy z bloku na dwór, na wiatr. Wiatr jest bardzo silny i agresywny. Ja, zauroczony obrazkiem, mówię tak:

– Daj mi ten rysunek, bo wiatr wieje i może ci go porwać.

Córka się zgadza i teraz to ja trzymam w rączce obrazek.

Mija pięć sekund. Po pięciu sekundach ostry poryw wyrywa mi z rąk obrazek i unosi w górę a potem w stronę ulicy daleko, daleko za mnie. Reaguję natychmiast. Wściekły odwracam się i pędzę za rysunkiem. Potrącam przy okazji dwóch chłopaków, którzy szli zaraz za nami. Obrazek leci coraz wyżej i coraz dalej, cholernie widowiskowo i cholernie szybko. Ja po paru krokach lekko przytomnieję, odwracam się i wracam po córkę, którą zostawiłem na chodniku samą i która próbuje mnie dogonić. Tym samym ponownie potrącam tych dwóch chłopaków, potrąconych przed chwilą. Łapię córkę za rączkę i pędzimy za porwanym rysunkiem, na którym była narysowana cała rodzinka i który znika za blokiem. Nadzieja tli się we mnie coraz bardziej nerwowo, dochodzimy do rogu bloku, rozglądamy się. Nic. Droga, na drodze sznur samochodów, po chodnikach chodzą ludzie, obrazka nie ma. Miał co najmniej parę sekund od czasu, gdy zniknął mi z oczu za węgłem i czas ten wykorzystał znakomicie. Zniknął. Wzbiera we mnie ta specyficzna mieszanka złości i żalu, która wychodzi na twarz jako dziwny grymas. Nie ma szans, kurde, przepadł.

Stoimy i patrzymy, córka smutna, ja smutny, samochody jadą, ludzie lezą.

Nagle, z jednej ze stron, w którą teoretycznie mógł polecieć papier idzie w naszą stronę postać. Postać męska, ubrana na czarno. Po chwili widzę, że trzyma w ręku kartkę papieru. Idzie chodnikiem, między lezącymi ludźmi, przechodzi przez ulicę, między korkującymi samochodami, podchodzi do nas i wręcza mi rysunek. Jesteśmy zaskoczeni, ja i moja mina, ale spoglądam na niego i coś mi powoli świta. Otóż jest to jeden z tych chłopaków, których dwukrotnie potrąciłem i których dalszych losów nie znam, który wyprzedził nas następnie i pobiegł przed nami, przebiegł przez ulicę, potem jeszcze gdzieś i jeszcze i dorwał drania i wręcza mi go.

Jestem bardzo wzruszony i bardzo dziękuję. Dziękuję bardzo, naprawdę dzięki serdeczne. Córeczka też dziękuję (po uprzednim szturchnięciu). Zza okularów patrzą na mnie normalne oczy chłopaka, kilkunastoletniego, należącego do tej grupy o której tak zawzięcie dyskutowałem przed chwilą z koleżankami, gdy wracaliśmy z pracy.

Wiatr wieje. Córeczka mówi:

– Tato, weź schowaj tym razem obrazek do plecaka, bo znowu się pomylisz.

4 Comments

Add Comment

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *